Wędkarze i równowaga w wodnych ekosystemach


  Przywracanie gatunków naturze to w dzisiejszych czasach dość częsta rzecz. Powstają różnego rodzaju stowarzyszenia czy fundacje, które ‘niosą’ pomoc bobrom, wydrom, ptakom, są grupy ekologów i innych entuzjastów wpadających na coraz to rozmyślniejsze sposoby ratowania matki natury przed zagładą, tysiące osób wspiera datkami różne projekty… Co jednak niesie z sobą taka pomoc? Czy na pewno wiadomo, że pomagamy naturze? Czy ‘ratunek’ jednego gatunku nie szkodzi innym? I gdzie w tym wszystkim są ryby? Czy polskie wody nie są czasem obdarowywane gatunkami, które pożytku wcale nie przynoszą?

 

  Dość ciekawy artykulik pojawił się w brytyjskim Angling Times z dnia 25 listopada tego roku. Otóż przytoczone są tam wypowiedzi Davida Webba, człowieka który stoi na czele fundacji UK Wild Otter Trust (Brytyjska Fundacja Pomocy Dzikim Wydrom - powiedzmy, że tak to brzmi po polsku), który ocenia, że zbyt mało dokonano badań, odnośnie możliwości brytyjskich rzek, przed wpuszczeniem do nich setek wydr 20 lat temu. Uznał to za niepotrzebne lub niekonieczne. Dodał jednak też, że wydry żywią się rybami których też dawniej tylu nie było. Bo taka brzana przeżywa na wielu wodach ‘renesans’, a zarybiano nią w celach wędkarskich...

  Tutaj trzeba powiedzieć, że wydry stały się dziś prawdziwą plaga rzek oraz wielu łowisk w tym komercji. Potrafią one naprawdę przerzedzić rybostan, eliminując zwłaszcza większe osobniki. Co gorsza, wydry preferują świeżutkie mięso, przez co nawet duża brzana czy karp jest zabijana dla niewielkiej porcji pokarmu, niedługo później następna. Wędkarze często są zrozpaczeni, gdyż na wielu odcinkach rzek doszło do załamania populacji  cennych ryb (takich jak brzana, pstrąg), wiele zaś komercji jest nawiedzanych przez te miłe wydawałoby się ssaki, siejąc prawdziwe spustoszenie. Kilka zbiorników zostało tak splądrowanych, że właściciele zbankrutowali, tracąc zawartość, na którą się składały przede wszystkim wielkie karpie, z trudem wyhodowane przez lata.

  Jak to więc jest, że ktoś uwalnia jakiś gatunek, nie licząc się z konsekwencjami tego czynu? Kto to opiniuje?  W Polsce oczywiście znaczący będzie przykład bobra, który 30 lat temu  był bardzo rzadkim zwierzęciem, aby dzięki pomocy ludzi, stać się stałym elementem wielu wód, powodującym znaczne szkody, niszczącym przede wszystkim drzewa, nawet w dużych miastach. Tu oczywiście też mamy do czynienia z tym samym mechanizmem. Radośni ekolodzy ‘pomagają’ środowisku, teraz zaś jest poważny problem. 

 

                     Otter2

Wydry potrafią wyrządzic poważne spustoszenie w wędkarskich wodach, zwłaszcza tam gdzie się zarybia sztucznie, zwłaszcza gatunkami obcymi. Dla wydr takie wody są łatwym żródłem pokarmu.

 

  Sprawa jest trudna, i należy na wszystko spojrzeć z dwóch perspektyw. Pierwsza to ochrona wędkarskich  interesów, w przypadkach ‘zwracania’ danych zwierząt przyrodzie. W Polsce raczej mało kto chce z wędkarzami dyskutować, może inaczej, wędkarze nie interesują się co się z ich wodami dzieje. Smutna prawda - reakcje są zazwyczaj podczas jakiś klęsk, gdy martwe ryby stają się już faktem. Lada moment ruszą prace niszczące dwie największe polskie rzeki, robiąc z nich kanały żeglugowe, protestów żadnych nie ma. Warto więc pomyśleć o tym,  co zrobić, aby coś się zaczeło dziać w tej kwestii. Najlepiej aby takie PZW stało się prawdziwym strażnikiem interesów, bacznie patrzącym na ręce tym ekologom, co chcą cokolwiek przywracać wodnym ekosystemom. Z drugiej jednak strony, to my wędkarze odpowiadamy za zmiany w środowisku, związanym z wodami stojącymi i płynącymi. Mamy zdegradowane wody, o zaburzonej piramidzie pokarmowej, w której brakuje zwłaszcza drapieżników. Zarybia się na potęgę wodę karpiem, a także amurem i karasiem srebrzystym. Te gatunki są obce polskim wodom, działają na niekorzyść  gatunków rodzimych. Zarybia się też gatunkami takimi jak sum, który w wielu wodach jest łowiony coraz częściej, przy zauważalnej zmniejszającej się ilości białorybu. Jeden wędkarz, łowiący sumy na Odrze stwierdził na forum SiG, że na Odrze w jego rejonie, trudniej złowić żywca na suma, niż jego samego!

 

  Jak to więc jest? Z jednej strony nie dbamy o nasze interesy, z drugiej sami sobie szkodzimy… Przykład z UK pokazuje, że zaburzenie równowagi, przez  wprowadzenie takiego drapieżnika jak wydra, może spowodować znaczne obniżenie populacji ryb. Straty powstałe trudno oszacować, rośnie natomiast ilość tych rybożerców z każdym rokiem, zasiedlają one coraz to nowsze tereny, będąc pod ścisłą ochroną, prawne kroki są arcytrudne do podjęcia. Oczywiście dla większości ludzi ważniejsze będą wydry, bo to takie pocieszne zwierzaki, zaś ryby - kto tam się przejmuje rybami? Nie widać ich, więc co to za różnica… Są czy ich nie ma?  Oznacza to więc, że to my wędkarze tak naprawdę musimy dbać o własne interesy! Bo ekolodzy wybiorą czy to ptaki czy też bobry lub inne wydry. Widać to zwłaszcza dobrze po przykładzie kormorana. Ten ptak nie dość że pacyfikuje wody, to dodatkowo je zanieczyszcza odchodami, powodując dalsze powikłania. Jednak ekolodzy stają po ich stronie, mając w nosie los ryb, społeczeństwo też nie chce aby je zabijać. Gdyby polowały na psy i koty, lub dewastowały działki, zapewne byliby ich zaciekłymi wrogami, ale ‘jakieś’ ryby niech sobie jedzą w najlepsze. Więc należy czuwać i pilnować, bo kilkanaście par wydr wypuszczonych dzisiaj, może oznaczać ich tysiące za lat dziesięć lub dwadzieścia. Wtedy może być za późno na walkę z nimi, zaś słowa skruchy jakiegoś nawiedzonego ekologa niczego już nie zmienią.

  Czy jednak mamy prawo stawać tutaj jako przeciwnik takiego działania, skoro sami niszczymy ekosystemy? Karaś pospolity (carasius carassius) to przykład ryby, która była jednym z najpopularniejszych polskich gatunków, nie bez kozery nazwany pospolitym. Teraz, jest to już gatunek ginący, rzadki. O dziwo nie idzie się mu na ratunek, wręcz unicestwia - zarybiając karpiem i karasiem srebrzystym, które się z nim krzyżują i hybrydyzują. Jakoś polscy ichtiolodzy nie robią nic w tej sprawie, pomimo obnoszenia się z hasłami o równowadze w polskich wodach, rząd również nie reaguje, wędkarze chcą mięsa, głównie karpia. A co z innymi gatunkami rodzimych ryb? Gdzie jest normalność? Co roku trwa jakiś opętańczy festiwal - w listopadzie zarybia się wodę karpiem, którego wielkie ilości odławia się w tydzień lub dwa później. Polscy wędkarze jakby za nic mają równowagę w wodnym ekosystemie, nie przejmują się nadmiernym odławianiem - ma być mięso i tyle. Najbardziej zadziwia zaś ten skrajny brak rozsądku - bo żąda się od PZW lub państwa ryb, skąd jednak te mają się znaleźć w wodzie? Karpia odławiają zanim urośnie, zaraz po zarybieniu (skąd mają być duże ryby, jeżeli odławia się to co wpuszczono?), wiele drapieżników już jest łowionych spod lodu, w tym niewymiarowe, później dobija się resztę. Reszta gatunków zaś zostaje przetrzebiona tak mocno, że naturalne tarło nie jest w stanie nawet w małej części przywrócić strat. I co dalej?

 

  To pokazuje, jak wiele mamy do zrobienia, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani i nieświadomi. Nie potrafimy zadbać o wody, często nie interesujemy się nimi, gdzie tu jeszcze pilnować ich i chronić w kategoriach myślenia pięcioma czy dziesięcioma  latami naprzód?

  Nadszedł czas, aby każdy z nas stał się kimś w rodzaju pasterza, opiekującego się nie owcami tutaj, ale rybami. Musimy o nie dbać, pilnować aby była równowaga w ekosystemie, trzeba odtworzyć stada tarłowe, wprowadzić górne wymiary, tak aby chronić tarlaki. Jednocześnie musimy pilnować, aby nie szkodzono rybom, musimy o nie dbać, aby jakaś grupa ekologów nie chciała ‘przywracać’ jakiś gatunków, nie licząc się z konsekwencjami, jakie będa miały miejsce po jednej lub kilku dekadach. Nie możemy biernie się przyglądać jak samorządy będą chciały 'betonować' rzeki, jak budować się będzie elektrownie wodne, czy też gdy ktoś zatruje nam wodę. Bez tego nie będzie lepiej! Oczywiście trzeba też dążyć do naturalnej równowagi, gdzie gatunki obce nie są dominującymi w zbiorniku, gdzie szczupak w dużej liczbie jest podstawą. Bo pewna ilość karpia jest niegroźna, jednak już większa jego liczba może nieść za sobą spore konsekwencje. Jesiotry, karpie, tołpygi, amury, pstrągi tęczowe, karaś srebrzysty oraz sum, jaź i boleń w wielu wypadkach - te ryby wciąż trafiają do polskich wód, mogąc zakłócić równowagę.  Czy są to działania odpowiedzialne?

 

  Każdy z nas, powinien wziąć na siebie cząstkę odpowiedzialności, wtedy zacznie się zmiana na lepsze. Nikt samoczynnie nam nie odbuduje wód, co wyraźnie zresztą widać, albowiem z roku na rok jest jeszcze gorzej. Trzeba więc działać, bo ani rząd, ani naukowcy czy też ekolodzy nie pójdą nam sami z siebie na rękę.  Wszystko trzeba wypracować, poprzez kampanie, dialog czy lobbing. Wydry w UK to dobry przykład tego co się wydarza, gdy się nie interweniuje zawczasu, niech to podziała jako przestroga!   Pomóc może silne i dobrze zorganizowane PZW, z przygotowanymi grupami ekspertów, reprezentujące i chroniące interesy milionowej rzeszy wędkarzy w Polsce, pilnujące naturalnej równowagi polskich wód. Ale trzeba wpierw samemu zrozumieć istotę problemu i jego złożoność. Na pewno podstawą tutaj jest budowanie świadomości wędkarskiej, sami musimy pojąć, co jest dobre dla naszych zbiorników, jak ważna jest równowaga w ekosystemie. Niestety, obecnie sami ją poważnie zakłócamy.