Postulaty o wprowadzenie jednej składki na całą Polskę - dlaczego mówimy NIE?

 

 

  Nadchodzą inne czasy, mamy nowego prezesa PZW, nie kryjącego swoich reformatorskich 'zapędów' i skłonności. Wędkarzom się to podoba i liczą na zmiany, pojawiają się coraz to nowsze postulaty. Wszystko to świetnie, ale jednym z nich jest nieszczęsna składka krajowa, czyli jedna opłata na 'całą Polskę' .A więc wędkowanie na wszystkich wodach PZW za normalną składkę, powiedzmy 220 PLN za rok.  Dziwi i niepokoi mnie liczba tych, którzy optują za tym. Zwłaszcza, że nie wystawia to nam, wędkarzom, dobrego świadectwa. Dlaczego?

  Po pierwsze - polskie prawo. Prawo Wodne z 1985 roku jak też i późniejsze nowelizacje jasno określają zasady według których dzierżawi się wody państwowe i sposób ich zagospodarowania. Okręgi PZW podpisują umowy, i to one za wszystko odpowiadają. Z tego tytułu chociażby sam prezes PZW ma mało do powiedzenia. Dodatkowo warunkiem korzystania z wód jest sporządzanie opreratów - czyli ustaleń  wg których prowadzi się dany zbiornik, oraz rejestrów, które określają ile ryb zostało zabranych. Nie da się przy jednej składce sporządzać dokładnych rejestrów, co przekreśla jakiekolwiek pójście na rękę ze strony państwa tutaj. Dlatego prezes PZW nie ma tutaj żadnych mocy sprawczych i niczego tu zapewnić nie może. Trudno też na siłę wymagać od okręgów aby podpisywały porozumienia, gdyż nie jest łatwym uzyskanie od 'zaprzyjaźnionych' okręgów odpowiednich rejestrów.  A ich brak może powodować reperkusje ze strony RZGW i być podstawą do wypowiedzenia umowy o dzierżawę lub nałożenia kar.

  Punkt drugi - zdrowy rozsądek. Należy rozumieć, że każda woda jest inna, i rządzi się innymi prawami. Zbiorniki większe, jak jeziora, mają sporą moc produkcyjną i nie trzeba ich mocno zarybiać, bo większość gatunków sama się regeneruje, wędkarze zaś nie są w stanie ich odławiać w dużej liczbie, jednak mniejsze wody czy rzeki można już samą gospodarką wędkarską mocno osłabić - dlatego też potrzeba odpowiedniego podejścia do każdej z nich. Obecny system i tak jest nieudolny, brak odpowiednich badań, zbyt wysokie limity i przede wszystkim brak kontroli sprawiają, że ryby przetrzebiono, odłowiono stada tarłowe, zarybienia zaś są oparte na karpiu z jednej strony, z drugiej na narybku szczupaka, który też nie zawsze jest wprowadzany tak jak należy (aby szczupak się przyjął, należy go rozprowadzić po zbiorniku, w innym wypadku będzie skupiał się w jednym miejscu i miejsce będzie miał kanibalizm). Jeżeli w takiej sytuacji doprowadzono by do wolnej amerykanki - to znaczy wędkarze łowią gdzie chcą, znikają jakiekolwiek elementy kontroli. Okręg traci możliwość monitorowania danej wody, co doprowadzać będzie do nadmiernego odławiania ryb tam bytujących i jeszcze większych powikłań. Dotyczy to przede wszystkim drapieżnika, który jest podstawą zdrowego rybostanu. Na dodatek dzisiejsza technika daje wędkarzom o wiele większe możliwości - telefony komórkowe, samochody, łodzie i pontony wyposażone w echosondy, tani i skuteczny sprzęt wędkarski - to wszystko sprawia, że łatwo rybę odłowić. Jeżeli pójdzie fama, że na danym zbiorniku 'bierze sandacz' - to robi się małe pospolite ruszenie, i zastępy wędkarzy odławiają rybę w krótkim czasie. Mała liczba kontroli powoduje, że nie przestrzega się żadnych limitów, nie jest też wcale niczym nowym odławianie ryb na tarliskach czy zimowiskach. Więc optowanie za jedną składką to nic innego jak przykładanie ręki do wyrybienia tych wód, które są jeszcze zasobne.

  Punkt trzeci  - dystrybucja środków na dane wody. Jest to punkt ściśle związany z poprzednimi. Każdy okręg, na podstawie rejestrów, wielkości zbiornika i operatów wie, jak daną wodę zarybić. W teorii ma to być uzupełnienie strat które zrobili wędkarze. Jeżeli jednak  jedna składka wpływać będzie do centrali, to według jakiego klucza będzie można ją rozdzielić? Podam przykład dwóch okręgów - katowickiego i opolskiego. W przypadku jednej opłaty krajowej, tysiące wędkarzy z katowickiego zacznie wędkować na wodach opolskich. Na pewno ryb będzie ubywać, jak więc je uzupełnić, skąd wziąć na to środki? Jak udokumentować, że na wodzie X łowi pewien procent wędkarzy z okręgu A, B czy C? Do tego dochodzi dbanie o dane łowiska. Obecnie, jeżeli jakieś koło ma dobrą wodę, może w jakimś stopniu wytrzymać obłożenie przez innych wędkarzy okręgu. Jeżeli jednak dobra i zadbana woda stałaby się dostępna dla wszystkich, wtedy nie dość, że ryba znika, to jeszcze nie idą za tym żadne środki finansowe (które uzyskuje okręg), pozostają natomiast śmieci i problem z brakiem miejsc. W interesie więc lokalnego koła nie byłoby dbanie o własne wody, wręcz ukrywanie ich potencjału przed innymi. Obecnie ktoś wykupując składkę dodatkową czy też okresową (dzienną, kilkudniową) musi napisać gdzie ma zamiar wędkować. Więc jakaś dystrybucja środków ma miejsce. Bez tego doszło by do tego, że 'obcych' traktowano by bardzo nieprzychylnie, bądź też znikła by chęć do tego aby dbać o większe wody. Pomyślmy też, ile osób musiałoby pracować przy określaniu dystrybucji składek na poszczególne okręgi i dane wody. Potrzebne byłyby kolejne etaty i dodatkowa biurokracja, przejadająca część wędkarskich pieniędzy.

  Punkt czwarty - nie bądźmy pośmiewiskiem. Projekt jednej składki sprawia, że dla naukowców rybackich związanych z Instytutem Rybactwa Śródlądowego czy Uniwersytetem Warmińsko- Mazurskim dla, tych z RZGW, z ministerstw: ochrony środowiska, rolnictwa, jak również ekologów, stajemy się ludźmi oderwanymi od rzeczywistości. Żądamy rzeczy niezgodnych z naukowym podejściem gospodarki rybackiej, interesami państwa, prawem, ochroną środowiska. W takiej sytuacji uchodzimy za wariatów, którzy żądają rzeczy niemożliwych i szkodliwych. Trudno aby ktoś się z nami wtedy liczył, będziemy wiecznym petentem, któremu będzie się obwieszczać co ma robić i co 'następuje', ponieważ nie można go brać na poważnie. Zamiast być równorzędnym partnerem, który decyduje o kierunku gospodarki wodami, dba o ochronę środowiska i gatunków zamieszkujących wodę, głównie ryb.

  Punkt piąty - Polska to nie Francja albo Szwecja. Powoływanie się na przykłady z takich krajów jak Francja czy Szwecja jest pozbawione sensu. W tamtych krajach nie zdewastowano wód, nie odłowiono drapieżnika,  stad tarłowych, i tam nie ma też rabunkowego wyzysku. W Polsce natomiast zdecydowana większość wód PZW jest w stanie bardzo złym, wybito drapieżnika, stada tarłowe karpiowatych, zarybienia są zaś oparte głównie na karpiu, który w naszych warunkach się nie rozmnaża, oraz na szczupaku 'palczaku', który nie jest w stanie dorosnąć do sporych rozmiarów, gdyż jest odławiany często zanim osiągnie wymiar 50 cm. Okaz liczący powyżej 100 cm to już niebywała rzadkość,  już sztuki powyżej 70 cm też są czymś wzbudzającym uwagę a nawet podziw. Podczas gdy w innych krajach to w normalność. Jedna składka na kraj tylko pogorszyłaby obecny stan!

 

  Punkt szósty - składka musiałaby być wyższa. Aby jedna składka była w jakimś stopniu skuteczną i możliwą, można wziąć pod uwagę ustalenie jej na wyższym poziomie. Ale czy wtedy wędkarze byliby chętni płacić, na przykład 350 lub 400 złotych na rok? Śmiem wątpić. Zdecydowana większość żąda bowiem zniżek a nie podwyżek! Skoro teraz można dokupić opłatę na sąsiedni okręg za 100 złotych, to wychodzi, że byłoby to praktycznie to samo.

 

  Punkt siódmy - turystyka wędkarska to nie jedna składka na Polskę. Wielu wędkarzy uważa, że jedna składka na Polskę spowoduje wielki rozkwit turystyki wędkarskiej. Nie za bardzo można się z tym zgodzić, ewentualnie nie jest to definicja tej właściwej  'turystyki wędkarskiej'. Bowiem ta ma polegać na zostawianiu pieniędzy w innych częściach kraju, tak aby lokalna społeczność poprzez bazę noclegową, sieci sklepów, restauracji, stacji benzynowych miała z tego zysk. Jednak zdecydowana większość tych, co chcą jednej składki ani myśli dawać więcej, oni chcą właśnie płacić mniej - tu za łowienie.  Jeżeli do tego dodamy destrukcję wód, jeszcze rybnych w jakimś stopniu, to żadnego rozkwitu turystyki nie będzie. Te lepsze wody zostaną spacyfikowane i nie będzie gdzie jeździć. Tak więc to będzie praktycznie gwóźdź do trumny.

Pomyślmy o przykładzie - zbiornik Turawa w okręgu opolskim. Teraz wędkarze chcący tam łowić, wykupują pozwolenia, i okręg może sporo przeznaczyć na zagospodarowanie tej wody, jej ochronę. Lokalne ośrodki turystyczne czerpią zyski z wędkarzy, ryba jest i chętnych na wypoczynek z wędką nie brakuje. W momencie gdyby wędkowanie tam stało się bardzo popularne, liczba łowiących faktycznie by się zwiększyła. Na jakiś czas. Jednak nie poszłyby za tym odpowiednie pieniądze, trudno zarybić, skoro nie znana jest skala odłowów. Po roku czy dwóch więc stwierdzono by szybko mniejszą ilość ryb, po czym jej bardzo małą liczbę. I wtedy turystyka się kończy. Dodam jeszcze, że spora liczba wędkujących ani myśli wykupywać miejsc noclegowych, brać łódki z wypożyczalni lub kupować w lokalnych sklepach. Są samowystarczalni, i jedyną rzeczą jaką zostawią, to śmieci, zabiorą zaś ryby. Jest to więc sprzeczne z interesem wędkarzy lokalnych, którzy regularnie płacą za te wody, również interes lokalnej społeczności jest krótkotrwały, sam okręg zaś ma masę problemów.

  Punkt ósmy - dbasz i masz? Projekt jednej składki ma też inny aspekt - okręgi zadbane i prowadzące dobrą gospodarkę będą eksploatowane przez okręgi zarządzane kiepsko. Weźmy na ten przykład Okręg Mazowiecki PZW. Jego władze prowadziły i prowadzą najbardziej nikczemną dla wędkarzy gospodarkę, wspierając i sami czerpiąc zyski z rybactwa. Nie ma tam ani łowisk no kill, ani rybnych wód, to jeden z największych i zarazem najgorszych okręgów w Polsce, którego wody są po prostu słabe. W momencie gdyby jedna składka zaczęła obowiązywać, sąsiednie okręgi odczułyby momentalnie zwiększona presję. Czy opłacałoby się im mieć lepsze wody? Na pewno nie odczuliby tego poprzez składki, dodatkowo problem zwiększonej presji wędkarskiej - śmieci, łamanie regulaminu, tłok nad wodami stałby się naprawde realny. Czy wędkarze z tych okręgów mogliby liczyć na zysk z tego, że mogą łowić na wodach OM? Trudno się z tym zgodzić. Na papierze oferta tego największego z okręgów może jest imponująca, jednak w rzeczywistości każda z wód jest po prostu słaba, wiele zaś ma rybaków.

  Kto więc zyskuje - czy ci co dbają, czy też ci co nie potrafią o siebie zadbać? Dla mnie wniosek jest prosty, wygrywają ci, co o wody własne zadbać dobrze nie potrafią, przegrywają zaś ci, co się starają i wypracowali coś. Znika więc sens, aby się troszczyć o wody, traci się motywację. A to początek końca!

  Punkt dziewiąty - czy państwo ma nam 'dać'? To bardzo ważny punkt. Wielu wędkarzy uważa, że państwo im coś zabiera, poprzez zakazy i limity, a według prawa czy konstytucji im się ‘należy’. Niestety, to bardzo krótkowzroczne myślenie. Wędkarze nie są jedynymi użytkownikami wód, zaś państwo nie może myśleć tylko o zapewnieniu interesów jednej grupy 'hobbystów', nawet jeżeli jest jedną z największych. Wędkarze wcale nie są jedynymi uprawnionymi do zabierania ryb, i każdy polski obywatel też ma prawo chcieć zjeść  'rybkę'. A tę zapewnia chociażby rybak. To jedna strona, druga zaś to sens oddawania wód w dzierżawę. Państwo dzierżawi użytkownikom wody, jednak w ogólnym zamyśle jest oddanie im na takich warunkach, że bilans sprzed umowy i po jej ukończeniu jest podobny. Ryby należą do bogactw odnawialnych, i jeżeli dany zbiornik ma ich pewna ilość, to po 10 latach dzierżawy ma mieć podobną. Ma tam być prowadzona gospodarka która nie koliduje z ochroną środowiska i innymi użytkownikami,  zapewnia warunki rozwoju roślin i zwierząt tam bytujących. Dlatego chociażby są limity i rejestry, aby dany użytkownik uzupełnił to co zabierze.  Wędkarze jednak nie chcą myśleć w tych kategoriach. Włącza się im tutaj zwykłe myślenie o własnym interesie, nie o interesie zbiorowym. Co gorsza, nie rozumieją, że szkodzą sami sobie. Ryb nie wolno zabierać ponad miarę, trzeba je odpowiednio chronić. Nie można żądać dowolnego dostępu do tych zasobów - bo ich zabraknie dla innych. Jest tu też inny aspekt. Aby populacja danego gatunku mogła się odradzać, nie wolno przetrzebić jej zbyt mocno, gdyż wtedy nie będzie  mogła ona tego zrobić. Tak się dzieje na przykład z rybami morskimi - z dorszem bałtyckim, którego jest już bardzo mało, zwłaszcza tego w polsko-szwedzkiej części morza. Podobnie jest z rybami słodkowodnymi. Dodatkowo podstawowym celem wędkarzy jest drapieżnik. Jego brak powoduje zaburzenia w ekosystemie, w tym karłowacenie ryb czy zakwity wody, stwarza też doskonałe warunki do rozwoju takich gatunków jak kormoran.

  Dlatego państwo pilnuje aby była równowaga. W polskich warunkach i przy modelu rybackiej gospodarki zrównoważonej nie wychodzi to najlepiej, i można z powodzeniem stwierdzić, że państwo więcej dać nie może. Bo po prostu nie ma! Dawne czasy nie powrócą przy takim sposobie gospodarki, która jest po prostu rabunkowa. Ryby najzwyczajniej w świecie...zabrakło.

  Punkt dziesiąty - płacimy za mało. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że płacimy zbyt mało aby mieć rybne wody. Państwo nie żąda od nas, wędkarzy, praktycznie żadnych opłat, te za dzierżawę zbiorników są śmiesznie małe. Tak więc do kasy RP wcale nie wpływają jakiekolwiek poważne kwoty tego tytułu. Natomiast koszta są dość spore - sama tylko Państwowa Straż Rybacka to duże obciążenie. Nie płacimy żadnych podatków, nasze składki są z nich zwolnione. Dlaczego więc żądamy jeszcze więcej - poprzez jedną składkę na całą Polskę? Czy te pieniądze, które obecnie płacimy do okręgu, nie idą na 'zagospodarowanie' w zdecydowanej większości? Przecież ponad połowa składek to wartość  samych ryb, którymi się zarybia. Jeżeli więc nie będziemy płacić więcej, jak ma być lepiej? Potrzeba częstszych kontroli, badań ichtiologicznych, zmian w operatach mogących poprawić dzisiejsze 'wytyczne', często nieaktualne i nieadekwatne. Tu trzeba większych środków finansowych, nie mniejszych! Tak więc opcja jednej składki jest tu niekonsekwencją, ewentualnie umyślnym optowaniem za działaniem na szkodę własną i środowiska naturalnego.

 

  Podsumowując, chciałbym aby wędkarze zrozumieli, że w dzisiejszych warunkach żądania aby wprowadzić jedną składkę, są niewłaściwe. Póki co, jesteśmy do tego nieprzygotowani, i taki projekt musiałby się odbić bardzo niekorzystnie na polskich wodach, i nas samych również. Nie można żądać praw do większych odłowów ryb, jeżeli wciąż pogarszamy sytuację zbiorników i ich rybostanu, nie potrafimy skutecznie i rozsądnie nimi gospodarzyć. Taki postulat musi poczekać jeszcze dekadę lub dwie, do momentu, gdy odbudowane zostaną stada tarłowe, zaś presja nad wodami się zmniejszy, zwłaszcza odłów ryb. Rozsądna gospodarka, górne wymiary ochronne i coraz większa popularność no kill sprawią, że za jakiś czas osiągniemy poziom równowagi, i wtedy projekty jednej opłaty na wszystkie wody związku będa miały sens. Jednak potrzeba sporej pracy aby mogło się to wydarzyć. Zarówno na poziomie prawnym, poprzez zmiany zapisów, bardzo niekorzystnych zwłaszcza dla wędkarzy (są one robione pod rybackie korzystanie z wód), jak też i organizacyjnym w samym PZW. Do tego dochodzi jeszcze świadomość, po prostu jako wędkarze musimy do tego dorosnąć. Bo gospodarka wodami to nie tylko bezmyślne zabieranie, to jest swojego rodzaju wręcz 'uprawianie' - gdzie aby zbierać, trzeba siać. My wędkarze musimy stać się hodowcami i opiekunami ryb, tak jak pasterz pilnuje i dba o owce, aby z tego móc korzystać. I jak najbardziej chodzi tu o możliwość zabierania ryb - jednak musi to być robione z głową, nie na łapu - capu. A tego właśnie chce większość postulujących za jedną składką na wszystkie wody krajowe.